Ostatnio Hollywood zdawało się stopniowo, powolutku przekonywać do tego, że same efekty pełni szczęścia nie dają. Że widzowi, który widział już w kinie wszystko, nie wystarczy samo CGI i oprócz strony wizualnej powinien też dostać przynajmniej przyzwoitą historię. I ostatnio kilka hollywoodzkich hitów kasowych zdawało się tezę tę udowadniać - w tym roku "Dystrykt 9" i "Bękarty Wojny", w zeszłym chociażby "Mroczny Rycerz". Filmy te dowiodły, że mainstreamowa rozrywka nie musi być bezmyślna, że raz na jakiś czas warto jest widza zaskoczyć dobrą historią czy też przynajmniej jakimś fajnym zagraniem fabularnym i że warto jest raz na jakiś czas złamać nienaruszalną konwencję, wywrócić ją do góry nogami i, za przeproszeniem, wyruchać.
Pod tym względem "Avatar" to, niestety, krok wstecz.
Dajmy jednak spokój siermiężnym analogiom. Skupmy się na samym "Avatarze" i na tym, o co w nim chodzi. Otóż: były marine Jake Sully, którego kalectwo zmusiło do odejścia ze służby, leci na zadziwiająco podobną do Ziemi [tylko bardziej zarośniętą i festyniarską] planetę Pandora, zamieszkałą przez wiele mniej lub bardziej agresywnych stworzeń, w tym niebieskie, kotowate humanoidy zwane Na'vi. Zadaniem Sully'ego jest wcielenie się w ciało jednego z nich - tytułowego awatara. Dostaje on jednocześnie dwa wykluczające się polecenia: Dobrym Naukowcom pomóc ma w pokojowym zgłębianiu fascynujących z badawczego punktu widzenia tajemnic niesamowitej planety, a Zła Korporacja wymaga od niego pomocy w zdobyciu terenów, na których leży wioska kotowatej rasy. Tereny te leżą bowiem na złożach Unobtanium - niezwykle cennego surowca. Już na Pandorze niebieski Sully zakochuje się w córce wodza jednego z miejscowych plemion i w konflikcie na linii Na'vi - Zła Korporacja, postanawia stanąć po stronie autochtonów.
No dobra, pozostaje kwestia tej osławionej, nieprawdopodobnej strony wizualnej projektu. Cameron od paru lat podekscytowany zapowiadał rewolucję. Mówił ponoć, że "Avatar" ma być jak przejście z kina czarno-białego do kolorowego. Po seansie mogę powiedzieć tylko: chyba Twoja Stara, James! Okej - te wszystkie wypukłości, wrażenie głębi, przestrzenie i widoki, od których kręci się w głowie, to fajne bajery, ale niestety tylko bajery. Nic więcej. Świecidełko, nawet najpiękniejsze i najefektowniejsze, to trochę za mało, żeby można było mówić o przełomie. To co najwyżej jakaś nowa jakość, bardzo dobrze rokująca technologia, ale jeszcze nie rewolucja.
"Avatar" kosztował jakieś 250 milionów dolarów i już zwrócił się ponad dwukrotnie. Jutro zwróci się trzykrotnie, a za kolejne dwa dni czterokrotnie. I dobrze, bo choć nowy film Camerona nieszczególnie mi się podobał, to kibicuję rozwojowi tej niezwykłej technologii, w której został wykonany. Przydałoby się jednak, żeby ktoś zrealizował w niej kiedyś film z dobrym scenariuszem.
No bo wyobraźcie sobie na przykład film wojenny, choćby w realiach II Wojny Światowej, i Bitwę o Anglię oglądaną w 3D...
PS: Dygresja pierwsza: jak wszyscy wiemy [a ci, którzy nie wiedzą, niech sobie obejrzą "Zack i Miri kręcą porno"], współczesny przemysł pornograficzny bardzo lubi inspirować się kinowymi nowościami i tworzy ich niegrzeczne przeróbki [patrz: Lord of the G-Strings]. Tylko kwestią czasu jest powstanie "Analtara", czy czegoś w tym rodzaju. Świat Pandory, pełen chodzących prawie nago niebieskich kotek, zawiera w sobie niezwykły porno-potencjał.
PS2: Dygresja druga: tuż po seansie stwierdziłem, że Neytiri to najfajniejsza niebieska laska w historii kina. Ale nieee, jednak Mystique w trylogii "X-Men" podobała mi się bardziej. Teraz wypada poczekać na kinową wersję "Smurfów" i Smerfetkę w stylu CGI.
PS3: dzingo się na filmie popłakał, więc te moje piardy mówiące, że film nie angażuje emocjonalnie, mogą iść się jebać. Za przeproszeniem.
